Преводи на полски | Płamen Siwow – wiersze wybrane

Преводи на Dorota Trela

Emigrant – Biały obłoczku | Емигрант (Облаче ле бяло)

Wyruszałem, chyba z tysiąc razy –
czy pod wieczór, czy wśród rannej mgły…
Gitara mоja i jej zimne struny,
piosenki, których nie zaśpiewał nikt.

Piosenki niepowstałe, lecz wspaniałe,
te o morzu i o ciszy też…
Kim ja jestem? Pytanie mnie bolało,
jak pokrzywa, wbity w piętę cierń.

Mój obłoczku biały.

Anioł odsprzedawał już bilety
na Terminal 1 – i do raju wprost.
А w kolejce stanęli niespełnieni poeci
ciągnąc z sobą bagaż – kilka ton.

Diabeł zaś polewał już rakiją,
stare groby, nowe autostrady,
Tam, gdzie wszyscy, co tutaj jeszcze zostali,
mogą w obie strony uciec przed swym życiem.

Mój obłoczku biały.

Wyruszają już dzieci rządkami,
i jak pachnie – to zapewne młodość.
I las mój wciąż jeszcze jest tak bardzo piękny,
a obłoczek – wciąż tak bardzo biały.

Ruszam za podstarzałymi dziećmi –
razem z nimi zerkać w nieznane podwórza,
szaleć z nimi pod nieznanymi gwiazdami
i zasypiać wraz z obcymi ludźmi.

Mój obłoczku biały.

Wyruszałem, chyba z tysiąc razy –
czy pod wieczór, czy wśród rannej mgły…
Gitara mоja i jej zimne struny,
piosenki, których nie zaśpiewał nikt.

Mój obłoczku biały.

***

Chłopiec ze zmęczonymi skrzydłami | Момчето с уморените крила

Chłopiec, który zmęczone skrzydła ma
nie widzi w żadnym lustrze przyjaciela.
Zdrada wysoce jest prawdopodobna.
Winа ma przecież wiele imion tak.

Chłopiec, który zmęczone skrzydła ma –
czy go poznajesz, serafiński synu?
Gdzie pozostała wasza wspólna przeszłość –
czy zapomniałeś, czy wiedzy ci brak?

Lecznicze zioła, kruchy mur ze ścian,
i wargi, popękane od milczenia…
On ptaka z klatki wypuści na wolność,
ale czy przez to wskrzesi się też sam?

Ponad upadłym miastem wzbije się ten ptak,
przez sny krwawiących ludzi on przeleci
i gdy zrozumie swoją bezskrzydlatość,
stanie się duszą- prostą, tak jak chleb.

Сhłopiec, który zmęczone skrzydła ma
nikomu nie oddaje swej pamięci.
Nadzieja ma tak przecież krótkie nogi –
gdzie krok postawi, była wcześniej już;

płonie knot świecy w czułej dłoni jej,
lecą w krąg cząstki nowego początku.
Podnosi teraz się z każdego lustra
chłopiec, który zmęczone skrzydła ma.

***

Martwa natura | Натюрморт

Ona tak długo malowała kwiaty –
popołudniami, w wątpliwościach, zimach.
(Wątpliwość kwestią ciszy jest jedynie
i jeszcze jakiejś niemal konieczności).

Z przodu jest krzywo, z tyłu pusto jest.
Ona odwykła już dawno od płaczu.
Dostępna jest ucieczka – z życia bram,
od słów, które wciąż coś jeszcze znaczą.

A z słów pigmenty potem tworzy się,
wymywa się je do czysta w kałuży.
Ona tak długo malowała kwiaty,
samotna, jak rodzące zwierzę w głuszy.

I z pęknietego zwierciadła umysłu
do ciepłej dłoni jej pieszczota spływa,
lecz ta droga jest trudna… Opad spadł,
ogieniek z deszczu również szybko przygasł.

Gdyby pieszczota w deszczu była męska,
zapewne by ją zmiotło uderzenie,
Lecz, Panie, ona długo malowała kwiaty.
I delikatny był jej każdy trud kobiecy –

zbierała ona przecież dobre ziarna,
na swoje pole, gdzie rosną idylle…
Muska palcami teraz rownież czas –
w błotnistej grządce nie ma nic prócz nas.

Deszcz chowa już pospiesznie farby swe,
a od stromizny wieje żeński powiew.
Tu cudem są trzy wolne od pracy dni,
a każdy termin boli, kiedy czekasz.

Tu barwy rzeczy jej opowiadają,
na które się nie waży nawet spojrzeć.
Zmęczenie daje jej kolor i smak,
a jej nadzieja znów ma dno podwójne,

jej świat – tak cichy i przewidywalny,
mimo, że on niczego już nie przewiduje.
Świat przed kobietą bardziej jest zniszczalny,
niż pająk na cieniutkiej swojej nici.

Widziałeś, jak ten pastel spalił się,
gdy czekał, aby chwila się spełniła?
Tak życie czarno -biale stało się –
węglem nie można już malować kwiatów…

Lecz słowa się urwały. Teraz więc,
staję się przed nią niezręcznie wręcz niski.
Ona tak długo malowała kwiaty.
Ja zaś… co napisałem, tom napisał.

***

Święty mąż | Светецът

Wieczór w gorączce. Mądrość niepocieszona.
Myśl o zatoce, zatoce złotej.
Wina starego nikt już tu nie wypije.

Kto na kolanach się modli?
Za wszystkich, za wszystkich,
za siebie – przenigdy.

Powiedz mi, czemu przyszedłeś?
Tu, gdzie duchów jest gród,
czeka cię tylko głód,
w tej epoce oszustwa ja sam też nie wierzę.

Czy czegoś ode mnie chcesz?
Mój krzyk jest jak milczenie,
moja męka jest lekka,
moje „dzisiaj” jest twoim „nigdy nie stanie się”.

Święty ojcze, nie mam dla ciebie słów!
Daj mi chleb, daj mi wino,
Za mnie też pomódl się.

Ta wiara zabije mnie,
ta wiara ocali mnie.
Jakże długo czekałeś,
abym łzy swe pokonał
i zapomniał o plamach swej grzesznej radości…

Zapytaj, gdzie teraz jestem.
Tysiące zim twoja młodość pamięta,
tysiące kości kreślą zarys mych win.

Patrzysz na mnie. Bardziej żywy, niż ja
i się modlisz za wszystkich w swojej odwiecznej celi,
a w kadzidle już płomień gaśnie dla ciebie,
i biją już dzwony w niebiańskim kościele.

Daj mi chleb, daj mi wino,
bo serce bardzo boli.
Długo szukałem cię.
Za mnie też pomódl się…

Święty ojcze, za mnie też pomódl się.

***

Wieczorna | Вечерно

Przychodzi zawsze sama tu,
tylko w dni lekkie i bezchmurne,
napełnia wodą pusty dzban,
kreśli na niebie swoje imię.

Wypiera ślady starych win,
długo prasuje też koszule.
Prognozy w wiadomościach są pogodne,
skoro wraz z nią nadchodzą ciche czasy.

Już zawsze będzie właśnie tak:
i noc Przecieka w spokojne podwórza,
a ta szczególna cisza, którą ma –
ona tam czeka, byś do niej przemówił.

Znajduje ją ostatni słońca blask
i cienie zmierzchu czule ją całują.
Pejzaż ołówkiem, ostrza jakiegoś ślad –
pewna kobieta życie twe rysuje.

Dano ci znak, abyś zamilknął już,
widocznie bardzo długo już mówiłeś.
Ona zapłacze poprzez twoje oczy,
oddychać będzie twoimi płucami.

Zgubiłeś się w jej śladzie, mówię ci,
mądrze nie dochowując tajemnicy.
Zgubiłeś się, zaprawdę ci powiadam:
już zawsze będzie właśnie tak.

***

Mnich | Монах

Na stromych ścieżkach duszy gdzieś daleko
wspinaczka wiodła mnie na głębokości
i potykałem się o życie z roztargnieniem,
robiąc fujarki z belki w swoim oku.

Płynąłem mimochodem poprzez lata
z prędkością przekroczoną z bezsilności.
Szczyt był jedynie innym słowem na upadek
gdzieś na dnie leżał puch z orlego pierza.

Okadzić duszy mojej się nie dało,
kadzidło w moich płucach mnie dławiło.
Kipiała moja wina w niepocieszonych dzwonach,
modlitwa gdzieś wyciekła przez rękawy,

wzleciała, lecz nie mogła już przelecieć
przez okno, zakopcone od panichid.
Zbłąkała się w ołtarzu i spłoszyła gołębia,
sparzyła się świecami i przycichła.

Nie miałem domu, nie miałem rodziny.
sam wyiskałem swoje wątpliwości,
wierzyłem do ostatka, że dla mędrca
domem jest ciche zatonięcie statku.

Teraz się śmieję – zaczynam rozumieć
ten dowcip z wiekiem i upływem czasu:
że kiedy Bóg wybiela nas nad śnieg,
to wybielanie zaczyna od włosów.

Przede mną odlatują dni pokutne,
kierunki za mną się zlewają w biały punkcik –
radośnie zapominam wszystkie rany,
od upadania na twarz oraz na skronie.

Upaść, by potem zostać podniesionym,
to miłosierdzie, jak się zastanowić…
Na stromych ścieżkach duszy potykanie
jest wszak umiejętnością wprost zbawienną.

***
Lecz lato otrzepuje swój kapelusz,
cienkim kosturem w drodze postukuje.
Wyruszę wcześnie – by zdążyć przed świtem,
do stromej tęczy jakoś w końcu dotrę,

zawołam:” Idę, Panie, wyjdź mi na spotkanie.”
pod wzgórzem, tam, gdzie są milczące drzewa,
tam, dokąd śpieszę, by nakarmić Twoje ptaki
Modlitwą, której nie raczyłeś przyjąć.

I skoro chciałeś ode mnie milczenia,
nie wkładaj więcej węgli w moje usta.
Dla mnie niech pozostanie cisza, a modlitwą
uciesz słowika, który skrył się w mgle poranka.

***

Fontanna w deszczu | Фонтан в дъжда

Modre strugi, mokre wstążeczki
Ponad ziemią rozrzuca dziś deszcz.
Do miasta betonowych wiaderek
Czysta woda wciąż wlewa się.

I plac miejski zaraz pustoszeje –
Wiać przed deszczem – to nie żaden wstyd.
I pozostaje deszcz i fontanna,
Która zawsze stała właśnie tam.

Lecz fontanna w tym deszczu jest zbędna,
Lecz fontanna w deszczu bzdurą jest –
tylko woda bez sensu się leje…
Urząd Miasta czy już o tym wie?

A fontanna w deszczu jest bezwstydna,
A fontanna w deszczu – skandal trwa…
Skoro z wody jesteśmy stworzeni,
Nie jest straszne miejskie błoto nam.

Patrz, niebo dławi deszczem się wciąż,
Pochwycone w sieci błyskawicy.
Miasto jakby przypadkowe jest,
A hotele w nim – pełne.

A ty jesteś gdzieś tam, przed zimnem chowasz się
Na przystanku, wtulając się w szalik.
Ja i ty – to tylko kropelki wody dwie,
Co płyną jedna drugiej wciąż gdzieś na spotkanie.

Już nie pada. I wszystko jest proste,
I w kałużach dzieci skaczą już.
Znów ogrzejemy swe stare kości
Od promieni młodej gwiazdy tu.

I plac miejski na moment ożywa,
Brak tu wspomnień i winy tu brak.
Mówię ci, że fontanna to tylko początek,
Nasze życie – to jest tylko gra.

***

Powitanie | Посрещане

Jedna oktawa ciszy trwa.
Kwietniowe miękkie popołudnie.
Słyszę, jak pierwsze roje pszczół
Toczą rozmowy już o lecie –

W godzinie, w której roi się,
Oddycha ciężko jasne światło
I jeszcze trwa zimowy ból,
Ukryty w źdźbłach wiosennej trawy.

Gdzieś szczeka pies i spada kwiat
Wprost z niespokojnych wiosną drzewek,
A stare gniazdo, skryte w nich
Zbiera monety z blasku słońca,

By kupić sobie za nie znów
Piórka i puch od nowych ptaków,
Piosenki ich i nocny strach
Przed gniewem kotów-ptakożerców,

I nowe życie zadrga znów
W jego objęciach z czystej słomy…
To stare gniazdo sercem jest-
Ono dziś czuje swój klucz ptaków.

Jedna oktawa ciszy trwa.
A dalej – wiosna i milczenie.
A ptasi klucz jak człowiek wciąż
Potyka się o chmur gromady.

***

Człowiek, który idzie po wodzie | Човекът, който върви по вода

Ten koniec świata dziecięce oczy ma,
Ten koniec świata jest okrutnie niewinny,
A Człowiek, który idzie po wodzie,
Staje na jego brzegu,
I kocha go niewidzialnie.

I ziemia mięknie w wydeptanych ulicach,
Tam, gdzie wiatr kołysał niwy,
A Człowiek, który idzie po wodzie, zamyślany liczy,
Ile śmierci pozostaje żywym.

On jest pokryty kurzem z krzyżowych swoich ścieżek.
Kocha szczere spojrzenia i otwarte przestrzenie.
Wszystkie nocne dziewczęta oraz dróżki okrężne,
Znają dźwięk Jego kroków i czują słone rany.

I to jest sól ziemi,
I wieczerza, gdzie jesteśmy cicho zaproszeni,
Wino i chleb, byśmy mogli do jutra się spierać…

A Człowiek, który idzie po wodzie, sam schodzi aż na brzeg,
W ten koniec świata wprost,
I śpieszy za swoimi okrętami.

Ten koniec świata dziecięce oczy ma,
Ten koniec świata jest okrutnie niewinny,
A Człowiek, który idzie po wodzie,
Trzyma go w rękach swych i przebacza – teraz i na zawsze!

***

Maria Magdalena | Мария Магдалина

Twe nogi już są czyste, Panie mój,
Na próżno me łzy ciepłe na nie leję,
Lecz nie sądź mnie za ten kobiecy płacz,
Przez niego widzę, jak Ciebie zabiją.

Zwidują mi się oto jęk i bicz,
Cierniowy wieniec i żołnierskie płaszczе
I zakrwawione usta Twe, Chryste –
Tak przygryzione, аby nic nie powiedzieć.

Gniew zakołysze wiecznym tłumem znów
Przewróci Ciebie rozwścieczony wicher
I śmiejąc się, oni powloką Cię,
Na miejsce, tak przez Ciebie upragnione.

Wywyższą Ciebie – hańby znak.
Maryja tam pod krzyżem się zachwieje,
Poszuka Twego wzroku, ale Ty
Zwrócisz spojrzenie swe na wysokości.

… I wyrastają ponad światem znów
Wciąż nowe miasta, grzechy ludzkie nowe,
A ponad nami ciał niebieskich rój
Kołysze wciąż wieczne wahadła swoje.

Tak mija wiele, wiele zim i lat,
Zanurzam dłonie w odwróconym czasie,
Od Ciebie wiem, czym jest miłości dar,
I lekkie jest mi brzemię przebaczone.

Lecz teraz szlocham. Głucho toczą się
Te moje łzy, minuty nasze wspólne.
Twe nogi już gotowe są do drogi,
Przyjęta Ewangelia i słowa – usłyszane.

I może mnie czekają jasne dni.
Lecz dziś Umiłowany stąd odchodzi.
Spoglądać będę długo w ślady stóp,
W sylwetkę, co widoczna jest na horyzoncie.

***

Miriam | Мариам

Miriam,
Śnią ci się anioły,
Śnią ci się dary,
Śnią ci się spadające gwiazdy.

Twe dziecko w rękach twych,
Twe oczy studnie dwie,
Twe oczy chmury dwie,
Tak było przecież zawsze, czyż nie?

Twe dziecko ciebie zna,
jak każda tama swój nasyp dobrze zna,
Jak słoneczny blask klimatu prawa zna.
Tak będzie przecież zawsze, czyż nie?

Zaplatasz wciąż sieci milczenia ,
Aby wyłowić świat,
Aby wyciągnąć życie z głębin.

Śnią ci się kamienie,
Śnią ci się rany,
Śnią ci się krzyże, czyż nie?

Daleko Nazaret od oceanu.
W piasku przytajam się.
Poczekam, aż kiedyś urodzisz mnie.

***

Ostatnia wieczerza | Тайна вечеря

Chleb jedli,
Wino pili,
I wszyscy się zbawili.

Dla mnie zostały okruchy,
Suche kielichy.
Zamiotę po nich kurz,
Podłogę i naczynia tu umyję,
Potem przysiądę, by odpocząć chwilę…

Wspomnijcie ten mój trud,
O, wy tam, na uczcie,
W swych pałacach…

***

Poranek | Утро

Tak bardzo długie milczenie.
Rodzi się jakby planeta.
Powracam jakby z nicości,
Aby pozostać już w dłoniach twych.

Tak bardzo króciutka podróż,
A stopy moje są w ranach.
Pewne poranki przynosi
Horyzont twego ramienia.

Jutro nadejdzie zbawienie
W nasze boleści ściśnięte.
I między nimi odnajdę,
Coś, czego warto jest pragnąć.

Chcę, byśmy stali się sobą –
Zasady są bardzo proste.
Ja będę twoim pragnieniem,
Ty staniesz się dla mnie wodą.

Chcę, byśmy wreszcie dośnili
То nasze letnie marzenie,
Tę starą mrzonkę o lipach,
O kocich łbach, o czereśniach.

Czekają na mnie twe stoki,
Ruszam powoli po zboczu,
A w zmierzchu świeci twarz twoja
Niczym ikona przy drodze.

***

Czasami | Понякога

Czasami pozostaję bardzo długo
W godzinie między „kocham”, między „pragnę”.
Gdyby te tory były pięciolinią –
Jakąż piosenkę zaśpiewałby tramwaj?

W przestrzeni między „teraz,” między ”wczoraj”,
Tam, gdzie mnie stale myśl o tobie liże,
Po dłoniach, po oczach, po skroniach,
A potem trzykroć się przeklinam.

Przez sen pośpieszny, wysoki poranek
Czekam wchód słońca, aby zakołatał.
Nareszcie ruszam, a przede mną w trawie,
Beztrosko i mądrze kroczy Pan Bóg.

I mądrze jest tak i tak bezlitośnie,
Pełźnie potoczek z czułym twym imieniem.
Przeze mnie cieknie do ostatniej kropli.
Świat pokonany jest, to znaczy staję się przeszłością.

Czasami pozostaję bardzo długo.
Ze słońca odpić już się nie odważę.
Ale wschód słońca był dziś tak odmienny.
To nie wschód słońca – to była liturgia.

***

Riła | Рила

Sen chłodny i okrutny był –
Ściany i sufit, i łóżko w gorączce.
Na zewnątrz – pejzaż z ludzi i betonu,
Od wewnątrz – ból oraz niewiara.

Zbudziłem się. Nade mną był już świt,
Z czerwonym słońcem, co pieściło rosę.
Klęczałem pośród trawy i widziałem
Zielone serce góry jak się wznosi.

A potem piłem spienioną wodę,
Czoło moczyłem w strumieniach przejrzystych,
Składałem zachwyt swój w dziecięcy śmiech,
Śmiech znowu w słowa, a słowa – w modlitwę.

A teraz nie wiem – byłem już, czy nie
Czy piłem z rzeki, czy też ona piła.
Lecz schodzę w stronę domu, w stronę snu,
By zasnąć znów. I aby wyśnić Riłę.

***

Twoje ręce | Ръцете ти

Mówiłaś: „Chcę o tobie właśnie śnić.”
I zima się cofnęła gdzieś wysoko,
Zanim upadnie stare niebo w dół.
Czy dałem radę twoje ręce ogrzać?

Mówiłaś: „Ciszy przecież barwy brak.”
Lecz niechaj bocian skrzydła w gnieździe złoży.
Szukałem długo w pustym świecie mym,
I nie znalazłem domu, w którym by się skryć można.

Mówiłaś: ”Pełny już jest ten nasz świat.
Słuchaj i kochaj mnie: Życie do nas się śmieje.”
I ruszyliśmy z świtem w drogę wraz,
Zmiękczeni przez bliskość i zaufanie.

Mówiłaś: „Chcę o tobie właśnie śnić.”
I zima się cofnęła gdzieś wysoko,
Zanim upadnie stare niebo w dół.
Obym dał radę twoje ręce ogrzać!

***

Jesień | Есен

Zmorzone jesienią, drzewa cicho płaczą,
I w geście pokutnym spadających liści,
Wyznają silną za latem tęsknotę,
Swoją słoneczną niedostateczność.

Zapewne długo będzie boleć tak,
Że oblodzone krople deszczu
Kołatać będą w zimne szyby,
Co są własnością wiosny, by je wpuścić.

Każda następna jesień śledzi ciebie po parku,
Coraz bliżej jej stopy szeleszczą po poszyciu.
Ty masz tylko jedno cienkie palto,
By chroniło cię przed jej słowami.

Czy kiedyś zapomnisz o tym ciepłym głosie,
Który miękkim pastelem nasze dusze pieści?
Wejdź sobie pod mój płaszcz –
Będziemy myśleć tak:
Że te jesienne dni są oknami okrętu,
Który cicho zanika wśród zachodu słońca.

***

Zachód słońca | Залез

Pytałaś mnie, czy jestem tu,
Pytałaś mnie – ja nie wiedziałem,
Potoczył się wieczorny dźwięk
Po twoim ramieniu, zmęczonym.

Jaką melodię słyszałem,
Zanim upadła tam, w to miejsce,
Gdzie gorzko w jedno się zlewają
Brzeg, woda, i wieczorne niebo…

Pamiętam tylko ten twój śmiech,
Co dotarł do mnie bardzo wcześnie,
Pytałaś mnie, czy jestem tu,
Pokochaj mnie, abym pozostał.

*** | ***

Wrogość i miłość siebie znają,
Związane starą siłą ciszy.
Milczeniem więc karzemy wroga,
I nagradzamy przyjaciela.

Nosimy cichą czułość i pogardy,
Co ścichły ze wściekłości i z rozkoszy.
Gdy się potkniemy, dojrzałe sumienie
Różnicę między nimi dla nas znosi.

***

Wspomnienie | Спомен

Może znowu gdzieś się spóźnię,
Tak jak spóźnili się wszyscy.
Rozwiążę dziś moją winę,
Niech jak pies sobie pobiega,

Po twoich śladach głębokich
Horyzont niechaj powącha,
Kiedy zgubi już kierunek,
Niech w śnieg białpy się zasłucha.

Moje sumienie gdzieś gubi
Pomiędzy nami różnicę.
Nadchodzi czas, bym przekroczył,
Zbocze, gdzie panuje cisza.

Idą chmury, idą zaspy,
A niedziele gdzieś się czernią –
Pewnie próżnośmy czekali,
Dni, gdy śmiać nam się wypadnie.

Pewnie wierzyliśmy w żniwa,
Gdyśmy ciebie tak posiali,
Skoro podlaliśmy ziemię
Łzami oraz jakimś winem.

… W jakieś stare popołudnie
Poprzez niebo się poznamy,
Potem zaś odejdę szybko,
By szukać twego imienia.

Obok bramy na podwórzu ,
Poprzez zimową zasłonę,
Wspomnę sobie, jak na jawie,
Kiedyś szedłeś właśnie tędy.

I po tylu już wybojach
Nie będziemy więcej sobą ,
Ten śnieg ciebie przypomina,
On pokryje każdą szarość.

Obiecaj, że kiedy dotrzesz,
Spojrzysz na mnie z wysokości .
Obiecaj, że już nie będziesz
Umierać przy mnie na oślep.

Potrzebne jest to wspomnienie
Abym czegoś się dowiedział –
A ty przebacz wszystkim zimom
W Raju nie ma przecież stycznia.

***

Zimowy deszcz | Зимен дъжд

Jak mógłby spłynąć ten zimowy deszcz
Po chropowatym policzku pejzażu?
On czeka tylko, by usłyszeć „chodź”
Po prostu nie ma kto mu go powiedzieć…

Na dole, wśród listopadowej mgły
Milczą szkarłatnie zabarwione drzewa.
Zrzekają się do liści swoich praw,
Stukają gałęziami w taflę nieba.

Rozgoryczeni spoglądamy znów
Na siebie samych, nasze stare domy.
I znowu pada, lecz już nie tamten deszcz,
Zrodzony, nie stworzony, współistotny.

***

Kołysanka | Приспивна

Zasypiasz. I modlę się, by sen twój
Był kolorowy, każdy ból by o tobie zapomniał.
Cóż innego mogę jeszcze zrobić,
Prócz powiedzenia ci dobranoc?

Zasypiasz. Łóżko staje się statkiem.
Odpływaj szybko, nie masz czasu,
Od jutra już jesteś duża,
I o mnie śnij, i śnij o mamie.

Zasypiam. Już jestem duża.
Zasypiają stare zabawki,
I wiem, że lalki nie płaczą.
One potęsknią i wybaczą.

Zasypiam. Przypominam południowy wiatr
I bryza mi pasuje.
Morze śni bajki.
Jestem kochana. Dobranoc.

Odpływaj. Piękna czeka cię droga.
W twoim śnie dosłyszałem śmiech.
Śnij. Schronimy ten twój śmiech
Gdzieś w cieple, w kominie,
I zawsze już będziemy tu.

Zasypiam. Przypominam południowy wiatr.
I bryza mi pasuje.
Morze śni bajki.
Jestem kochana. Dobranoc.

***

Piątek | Петък

Zbierałeś kiedyś wspomnienie ze ścieżki? –
Kruszynka po kruszynce, długi dzień…
Dziś trawy to kobiety, dzień to piątek.
I znów błogosławiony jest twój śmiech.

I każdy ból jest tutaj od poczęcia,
Dnia tego, w którym roześmiał się świat –
Daleko od sobotnich porachunków
I blisko – o modlitwę drogi stąd.

Potrzebne będzie ci pragnienie,
By szczytów zlizać dzielnie ostrą część.
A potem aby zostać tuż przy rzece,
By usiąść, gdzie się ciepły ścieli mech.

Tam będziesz bawić się wciąż, że jest lato,
Jednak pochodzi z kruka pióro twe.
Co pokochałeś, szybko ci zaciąży,
Co przepędziłeś, samo wraca wciąż –

Aby cię znaleźć, ty byś go poszukał,
A potem aby zabolało was.
Ty jesteś smutny, kiedy je okłamiesz,
Ono się śmieje, gdy zamilkniesz ty.

Tak śmieją się ta cicha, stara ścieżka,
i trawy oraz ten gasnący dzień.
Ty też byś się roześmiał, lecz jest piątek –
Zapłaczesz – przebaczony będzie śmiech.

I we wspomnieniu wciąż się bawisz w lato,
Jednak pochodzi z kruka pióro twe.
Co pokochałeś, szybko ci zaciąży,
Co przepędziłeś, samo wraca wciąż.

***

Dusza | Душа

Ona zasypia, słucha z samego szczytu życia,
Czegoś tajnego dla mnie, ze swego wnętrza wprost.
I świat sam się układa tak mądrze, potulnie –
oto korzenie,
oto twe kości,
i ciało twe.

Ona kocha przez palce, ona czasami płacze,
I rzeki pełnowodne obok niej toczą bieg.
Nosi w garści nadzieję, tak jak nosi się powiew –
oto twe oczy,
oto twa pamięć,
i droga twa.

Najsamotniejszy anioł został właśnie twym stróżem
Duszo moja świetlista, jak dotarłaś aż tu?
Biedna oblubienico, posiwiała czekając,
oto twe zmierzchy,
oto twe burze,
oto twój duch.

Ugaszone jest wszelkie niewidzialne pragnienie,
Każdy ból złagodzony przez pieszczotę i krzyk.
Perła czule wyjada swoją muszlę od środka –
oto twe ciosy,
oto wspomnienie,
oto twa twarz.

Ale człek dla człowieka – zagrodzona świątynia
Burza w szklaneczce mleka, w śniegu ogniska blask.
Tylko na siebie czeka ten, kto czeka na progu.
Oto twa prawda,
oto twe wino,
oto twój chleb.

Do końca przeludniona jest ta samotna wyspa,
Co ma ściany gaduły i hałaśliwy strop.
I oddany ktoś woła cię od strony mostu:
Oto kamienie,
oto twa chata,
oto twój dom.

I tak wszystko jest czyste, i tak wszystko jest proste,
Każdy nowy początek z ziemi pnie się wciąż wzwyż
Dałeś znak, by wyruszyć – powiedział Ci Pan Bóg:
Oto twe życie,
oto twój kielich,
oto twój krzyż.

***

Poranek | Утро

Tak bardzo długie milczenie.
Rodzi się jakby planeta.
Powracam jakby z nicości,
Aby pozostać już w dłoniach Twych.

Tak bardzo króciutka podróż,
A stopy moje są w ranach.
Pewne poranki przynosi
Horyzont Twego ramienia.

Jutro nadejdzie zbawienie
W nasze boleści ściśnięte.
I między nimi odnajdę,
Coś, czego warto jest pragnąć.

Chcę, byśmy stali się sobą –
Zasady są bardzo proste.
Ja będę twoim pragnieniem,
Ty staniesz się dla mnie wodą.

Chcę, byśmy wreszcie dośnili
То nasze letnie marzenie,
Tę starą mrzonkę o lipach,
O kocich łbach, o czereśniach.

Czekają na mnie twe stoki,
Ruszam powoli po zboczu,
А w zmierzchu świeci twarz twoja
Niczym ikona przy drodze.

***

Za sto lat | След сто години

Za sto lat ta ulica będzie taka sama –
donice, chodnik, i siedem starych kasztanów.
Dzwonienie tramwajów będzie budzić rankiem domy
i ptaki wśród gałęzi będą śpiewać swe piosenki.

Szczęśliwa kobieta zjawi się na tarasie
po niej podwórko będzie pachnieć kawą i wyprasowanym.
Jakieś dziecko będzie mrużyło oczy od słońca
i będzie się dziwiło, z czego jest zrobione.

Ktoś pośpieszy do domu, aby pisać wiersze.
Niebo coraz obojętniej będzie wyglądało,
lecz za pomocą cienkich nitek niewidzialnie
Będą trzymać świat broniące pokoju siły Nadziei.

Tak jak zrzucony z drzewa pusty żołądź
Potoczy się czyjeś próżne życie w stronę zimy.
Zamyślony starzec po raz ostatni nakarmi gołębia.
Czasy będą ostateczne – tak jak zawsze.

I tyle miłosierdzia będzie delikatnie zalewać powietrze
że wiatr będzie je garściami rozsypywał. I zobaczysz!
Za sto lat wszystko będzie takie samo.
A ja będę kimś, kto tu był –
i odszedł…

***

Modlitwa | Молитва

Nie chcę przenosić gór,
Lecz Panie, modlę się do Ciebie o wiarę,
Tą, która cicho we mnie cicho siąpić ma.
By napajała umysł, serce, wolę.

Bo słaba jest ta ręka moja, która
Przed Twym obrazem wieczorem mnie żegna.
Bo małym ludziom, tak jak mnie, wystarczy
Żeby spokojnie golić się przed lustrem.

Niech będzie delikatny płomień Twój. Powoli
Niech życie me do białości oczyszcza.
Niech wejdzie słońce do Twego pokoju,
Byś tak jak książkę, Ty mnie przekartkował.

I daj mi, Boże, bym zawsze pamiętał
To samotności oszustwo stare
Bym wiedział, że gdy lampę zgaszę,
W ciemności z Tobą pozostanę razem.

I dziwnie mi jest… I myślę o końcu
Czy również w piekle pocieszy mnie myśl ta,
Że już słyszałem niegdyś dzwony raju?
Że Pan Bóg kiedyś bardzo mnie miłował?

Nadejdzie dzień i godzina, i ogień Twój
Cienkie drewienko pośrodku rozerwie.
Ja się potoczę wtedy, jak węgielek
I delikatnie oparzę Twe palce.

***

Przedwierze | Преддверие 

Та góra jest niebieska, tak jak dziecięca kredka.
Gdziekolwiek byś nie spojrzał – bezwietrznie jest i cicho.
Tylko jasne przeczucia, tylko małe cudaczności,
Przemówisz, lub zamilczysz – wszystko będzie wierszem.

Ale teraz idę ku wysokiemu podnóżu,
bo szczyt jest wciąż daleko, drogi muszę się uczyć.
Dziś zatrzymam się zmęczony, tam, gdzie z zachwytem,
spotykają wieczorem swoich właścicieli bezpańskie psy.

Tu jest gęsto zaludnione, ale ludzie znają swe miejsce,
Oni siedzą w milczeniu, tak jak wiosenne kiełki.
Są miliony pokoi w tym małym prawym domku,
Są miliony pokoi i mimo to nie wygląda na przepełniony.

Cicho huśtają się goście w swoich plecionych krzesłach,
oczekują ciepłego zachodu, wpatrują się w nieskończoność.
Wysilają swą pamięć – każdy ból stał się tu jałowy,
Z wahaniem kruszą sprzeciw swego umysłu.

A tutejszy gospodarz ma dłonie w starych bliznach,
On śmieje się głęboko i prosto w oczy nam patrzy.
I domyślam się wesoło – On nas zna już od dawna:
przed każdego poczęciem i nim się jeszcze urodził.

W aromatycznej ziemi nie ma kości, ni chaszczy.
Tam, pod tą starą gruszą
zamordowany spokojnie rozprawia z katami.
Nie ma nic do zrobienia, nie ma nic do stracenia,
i siekiera spokojnie rdzewieje wśród trawy.

Ponad wysokim wzgórzem przebiło się trochę słońca,
tak grzecznie i wiernie patrzy na nas i nie mruga.
I dotykamy łatwo pejzażu, i zapominamy o czasie,
o starym czasie, gdy wciąż czegoś brakowało…

Pragnę nowych nóg, by brodzić w rozpłakanych fontannach,
wyruszyć w stronę poranka, do końca wymazać pamięć,
przysiąść obok czystego źródła pośród pożaru lata,
chcę srebrnego naczynia, abym mógł pić na wieki!

***

Jeśli uwierzysz | Ако повярваш

Jeśli uwierzysz we Mnie nocy tej,
To noc zaskomli na zewnątrz, przed progiem.
Bo każda ciemność przede Mną umyka
I każdy płacz przycicha utulony.

Теj nowej wiary gorzki piołun, ty
z Mego kielicha powoli odpijesz
I wszystkie lęki twe do białości umyję
Nastanie wieczór i poranek – jeden dzień.

Pić będziesz do sytości w onym dniu
Ze źródła Prawdy, źródła Wody Żywej
I ciche światło będzie się rozlewać
Jeśli uwierzysz we Mnie nocy tej…

Ja ci zapomnę twe sprzeniewierzenia,
Podam Ci rękę swą i cię podniosę,
I twoje rany Moimi uczynię
Bo był zgubiony ten Mój syn i się odnalazł.

Lecz ty nie padaj jeszcze na kolana!
Nie wierzy długo ten, kto wierzy szybko.
Bo ludzie lubią siebie okłamywać
Lecz kłamstwo, nie ma, nie ma portu we Mnie.

Jeśli uwierzysz we Mnie nocy tej,
To życie twe na dwoje się rozdzieli.
Tak jak bezdomny ty będziesz się błąkać
Do cudownej ojczyzny dążąc wciąż.

I nieraz na ciernistej drodze swej
Zapłaczesz sam ponad jałową niwą,
Ponieważ wiarę łzami się podlewa
I gorzki będzie trudny owoc jej.

Wyć będzie piekło w ciebie wkorzenione,
I do swej śmierci pragnąć będziesz Raju,
I tylko śmierci nie obiecam ci
Jeśli uwierzysz we Mnie nocy tej…


Превод на Maciek Froński

Przed latem | Пред лято

Z wypalonego słońcem kręgu lata
Znikają kolor, smak i tembr kobiecy,
Od września, jakby za zdmuchnięciem świecy,
Kłamstwo się z kłamstwem już nie będzie splatać.

Dwa stare płaszcze jak w teatrze widz
Biją nam brawo wisząc w szafie z boku,
Jak puste łono się otwiera pokój,
Nic doń nie weszło i nie wyjdzie nic.

Boli nas radość, śmiech w nas budzi strach
W oczekiwaniu końca, ale raczej
Nawet i taki koniec nie wypłacze
Początku, co się nie pojawiał w snach.

Gdzie będzie kres i co się wyrwać da
Z pamięci objęć, z pocałunków głębi,
Gdy jutro próbie nie poddane szczęście
Wymaże naszych słów ostatnich gra?

W surowym kręgu lata naszą niemoc
Zobaczyć będzie można jak na dłoni,
Wrzesień się będzie patrzył przygnębiony,
Jak bezpamiętnie się okłamujemy.

Дарение за нов албум на Пламен Сивов

Може да харесате още...

Вашият коментар

Вашият имейл адрес няма да бъде публикуван. Задължителните полета са отбелязани с *

five + three =